czwartek 18, Wrzesień, 2014

Bieg 7 Dolin 100 km Krynica – nam biegać nie kazano.

IMG_20140916_194414Przekorny tytuł tej relacji pierwszy raz zaświtał w mojej głowie, kiedy próbowałem pozbierać wszystkie istotne fakty związane z tymi zawodami. Mam tu na myśli zarówno swój występ, jak i pozostałych biegaczy spod bandery Vege Runners. Zresztą biorąc pod uwagę okoliczności towarzyszące powstawaniu tego tekstu, mógłbym śmiało rozwinąć jego tytuł do „biegać i pisać nie kazano” 🙂

Na początku podzielę się refleksją na temat moich tegorocznych startów. Zakładając plany biegowe na ten sezon Bieg 7 Dolin miał być tylko mocnym akcentem treningowym przed głównym startem drugiej części sezonu – 24 godzinnym biegiem w Katowicach. Takie podejście do zawodów ultra może dla wielu wydawać się nieco dziwne, jednak mój plan zakładał spokojny, kontrolowany bieg, w bezpiecznym tempie poniżej limitu. Postanowiłem nawet podać pomocną dłoń reszcie załogi VR startującej w tych zawodach, która, jakby na to nie patrzeć, miała mniejsze doświadczenie w tego typu biegach. Niestety, nikt z koleżanek i kolegów nie skorzystał z mojej propozycji i po pierwszych paru kilometrach, praktycznie wszyscy, pognali ostro do przodu. Pewnie większość z czytających ten tekst wie z jakim skutkiem, jednak każdy z uczestników krynickiej zabawy był dorosły (przynajmniej teoretycznie) i powinien kierować się zdrowym rozsądkiem. A może jednak nie 😉

Zanim przejdę do meritum występu vege kadry, wróćmy jeszcze na chwilę na linię startu. 3 rano, około 800 uczestników biegu głównego na 100 km, praktycznie drugie tyle na dwóch pozostałych dystansach na 36 i 66 km, kompletnie nie przypominało zawodów ultra. Masa ludzi stłoczona na lini startu przywołała najbardziej traumatyczne wspomnienia z dużych maratonów. Powiem wprost, frekwencja na tych zawodach była dla mnie ich najsłabszym punktem. Na pierwszych kilometrach, podążając wąskimi ścieżkami, w gęstym lesie, gdzie część uczestników wyposażona jest w kijki trekkingowe, jestem świadkiem niemalże dantejskich scen. Wielu aniołów stróżów musiało się nieźle napocić tego wczesnego poranka, żeby ich podopieczni już na starcie nie zrobili sobie solidnego kuku.

Dla mnie jednak najgorszy jest brak motywacji. Niestety mentalne przygotowanie do kilkunastogodzinnych zawodów, które mają być, co prawda mocnym, ale tylko treningiem, jest dla umysłu biegacza mojego pokroju założeniem dosyć karkołomnym. Po pierwszym pół godziny, kiedy zostałem sam wśród anonimowych biegaczy, mam szczerą ochotę zejść z trasy. Nie żebym był zmęczony, nie żebym odczuwał jakiś dyskomfort fizyczny, najnormalniej mi się nie chce. Zdaję sobie sprawę, że bez jakiś większych perypetii ukończenie tych zawodów w limicie nie powinno stanowić dla mnie żadnego problemu. Równocześnie świadomość, że zajmie mi to około 15 godzin rozwala mi totalnie psychę! Normalni ludzie o tej porze śpią, kołacze mi w głowie. Patrząc na zaciśnięte zęby innych biegaczy, widząc ich pełne energii zmagania z podbiegami kompletnie nie potrafię, ze swoim stoickim podejściem, wkomponować się w całą tą sytuację. Dodatkowo już na pierwszej wspinaczce okazuje się, że ubrałem się zdecydowanie za grubo. Noc wcale nie jest tak chłodna jak wynikało z prognoz, jest wręcz duszno, co w efekcie doprowadza do znacznego przegrzania organizmu. W końcu w okolicy 10 km decyduję się zrzucić niepotrzebny balast ubraniowy, jest lepiej, ale dalej nie czuję rytmu tych zawodów.

Wbiegając na pierwszy punkt żywieniowy dostrzegam sylwetkę Maggida, który właśnie opuszcza Łabowską Halę. Ja spokojnie realizuję swój plan, dużo pić, zbilansowanie jeść i dbać o stan stóp (po perypetiach na Transjurze mocno wyczuliłem się na ich punkcie). Ruszając z punktu biegnę już w blasku poranka. Robi się naprawdę ładnie, a u mnie ciągle ogromne braki motywacyjne. Na szczęście w okolicach 20 kilometra, przez zbytnie skupienie na widokach i swoją nieuwagę, zaliczam konkretną glebę. Pojawia się krew, lekki ból, ale przede wszystkim złość bardzo potrzebna w tym momencie. Kiedy po paru następnych kilometrach mijam najpierw Maggida, potem Wilka, wiem, że impreza wreszcie będzie miała dla mnie odpowiedni smak. Do pierwszego przepaka udaje mi się złapać odpowiedni rytm i wyprzedzić całkiem sporą grupę zawodników, którzy popełnili największy błąd jaki mozna sobie zafundować podczas imprezy ultra – zaczęli za szybko.

Po opuszczeniu Rytra, które jest równocześnie metą dla zawodników biegnących dystans 36 kilometrów,  ma się rzekomo zacząć najtrudniejszy odcinek trasy – podejście na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego Radziejową. Powiem szczerze, jest ciężko, ale dla kogoś z porządnym przetarciem w górach, pomykanie po leśnym szlaku, nawet o sporym kącie nachylenia, nie stanowi nadzwyczajnego wyzwania. Bardzo miło wspominam ten fragment, zabrane z przepaku w Rytrze kijki też mają okazję wykazać się użytecznością. Docierając na ‚mijankę’ przed kolejnym punktem żywieniowym na Przehybie nie dostrzegam Pająka. Znaczy to dokładnie tyle, że ma minimum pół godziny przewagi nade mną. Zresztą kończąc ten odcinek mam okazję mijać się z Maggidem, który sprawia wrażenie bardziej świeżego niż na 23 kilometrze, kiedy dane mi go było wyprzedzić. Podczas ostatniego odcinka podejścia na Radziejową popełniam kolejny błąd. Zbytnie zagadanie z kolejnym mijanym zawodnikiem kończy się upadkiem wywołanym zaplątaniem się we własny kijek! Żenada, nic złego się co prawda nie dzieje, ale padam centralnie w brązowo-czarną maź. Moje kolana i łapy wyglądają jakbym zabierał sie do solidnej kąpieli błotnej. Dorosły człowiek a zachowuje sie jak sześciolatek 😉

Do Piwnicznej docieram pół godziny przed założonym czasem. Ilość worków, które leżą na przepaku wskazuje, że jeszcze wielu biegaczy nie dotarło do tego miejsca, które jest równocześnie metą dla dystansu 66 kilometrów. Dłuższa kosmetyka stóp sprawia, że spędzam na tym punkcie ponad 20 minut. Obserwuję zmęczone twarze biegaczy, którzy, jakby nie patrzeć, mają przed soba jeszcze 1/3 trasy. Przekonany, że Pająk pomyka juz gdzieś do Wierchomli wybiegam z punktu kątem oka dostrzegając jakąś roznegliżowaną, chudą sylwetkę wygrzewająca się na słońcu. Niespodzianka, przykra niespodzianka, kolega wymiękł totalnie. Okazuje się, że ostatnie kilkanaście kilometrów były dla niego okrutną walką z własną słabością, z szczególnym naciskiem na odmawiający posłuszeństwa układ pokarmowy. Kolejny pokonany przez tą trasę, szkoda, że z naszej ekipy, ale tego dnia prawie 40 % uczestników miało się przekonać, że ultra to nie przelewki.

Odcinek bezpośrednio za Piwniczną okazuje się najtrudniejszym w całym biegu. Nie dość, że robi sie gorąco, nie dość, że trasa biegnie w tym miejscu całkowicie otwartą przestrzenią, to jeszcze trzeba się wspinać po przeklętych betonowych, ażurowych płytach. Z ręką na sercu przyznaje, że był to jedyny moment w całych zawodach kiedy miałem kłopoty natury fizycznej. Palące słońce odbierało siły, noga mocno muliła, a zmaltretowane twarze zawodników zawracających z powrotem do Piwnicznej nie napawały optymizmem. Na szczęści po jakiejś godzinie gehenny wchodzimy do lasu. Dodatkowo, jak to w górach, nagle zaczyna padać deszcz. Widok zawodników nadstawiających pyski w kierunku nieba potwierdza, że nie tylko ja miałem serdecznie dosyć ostatniego fragmentu 🙂

Wreszcie docieramy do Wierchomli, przedostatniego punktu żywieniowego. Wlewam w siebie pięć kubków różnych kolorów izotonika rozcieńczonego wodą, zagryzam to wszystko mieszanką rodzynek z bananem i ruszam na ostatni trudny odcinek na trasie. Trudny, bo mam już prawie 80 kilometrów w nogach, trudny, bo biegnie pod wyciągiem kolejki krzesełkowej ciągnąc się niemiłosiernie, trudny, bo niestety zaczynam odczuwać dyskomfort ze strony stóp. Jak się ma okazać na mecie na szczęście tylko dwa nieduże pęcherze zaczynają mi towarzyszyć od tego  miejsca. Mając jednak na uwadze historię z Transjury nawet ten nie duży ból wywołuje u mnie lekką traumę, co szczególnie przy zbiegu drugą stroną wzgórza z kolejką linową nie pomaga. Mówiąc wprost nie mogę się za bardzo rozpędzić, w konsekwencji, w wyniku ciągłego hamowania,  bardzo cierpią mięśnie czworogłowe ud, o kolanach nawet nie wspomnę.

Jeszcze chwila męki i wbiegamy na ostatnie podejście na całej trasie prowadzące do bacówki pod Wierchomlą. Mimo, że na mapie odcinek ten wygląda na dosyć stromy, w rzeczywistości okazuje się szeroką, ubita drogą, którą na upartego można biec. Postanawiam podczepić się pod kolegę, który do perfekcji opanował szybkie chodzenie, narzucając idealne dla mnie tempo, przy którym ostatnie trzy i pół kilometry podejścia pokonujemy w niecałe pół godziny. Na ostatnim punkcie stawiam na ciepłą herbatę, przebieram się w klubowe ciuchy i wybiegam na ostatni odcinek z mocnym postanowieniem zrobienia tych 12 kilometrów w czasie około 1,5 godziny. Trasa, od popadającego co chwilę deszczu, jest już bardzo rozmiękła, biegnie się ciężko, ale świadomość zbliżającej się mety działa kojąco. Po drodze udaje mi się znaleźć nawet kilka grzybów, niestety mój wysiłek nie zostaje doceniony, koniec końców grzybki lądują w koszu.

Kiedy na dwa kilometry przed metą słyszę głos spikera dobiegający z deptaka postanawiam zafiniszować. Jeszcze na ostatni asfaltowy odcinek wpadam w towarzystwie innych biegaczy, jednak od tego momentu pędzę jakbym kończył dychę. Paradoksalnie, z powodu sprinterskiej końcówki, mojej Asi nie udaje się zrobić porządnego zdjęcia z wieńczącego dzieło finału na krynickim deptaku, Zanim ogarnęła, że to ja wpadam jak szalony na ostatnią prostą do zdjęcia załapały się tylko…moje plecy. Pomyśleć, że z 10 minut straciłem na ostatnim punkcie na przebieranie w czyściutką klubową koszulkę i przepinanie numeru 😉

Na mecie spotykam Pająka. Wygląda już lepiej, chociaż jak sam przyznaje ma serdecznie dosyć biegania i poważnie myśli o dłuższej przerwie w treningach. Okazuje się, że Maggid dobiegł jeszcze do Piwnicznej, niestety kilka kilometrów za nią, po upadku, musiał odpuścić sobie dalszy bieg. Na Pasta Party, gdzie między innymi podają makaron z wegańskim leczo, spotykam Wilka. On również, z powodu kontuzji kolana, zszedł z trasy na 44 kilometrze. Obrazu rozpaczy dopełnia jeszcze Kaja (zakończyła na 36 kilometrze) i Arek, który świetnie spisywał się do 66 km, ale potem z nieznanych mi przyczyn zrezygnował z dalszej rywalizacji. Na szczęście Krystian Truchalski, który na tym biegu reprezentował barwy AZS AWF Masters Kraków, wbiegł na deptak w naszej klubowej koszulce pół godziny przede mną, także na mecie mimo wszystko było nas trochę widać.

Jeżeli miałbym scharakteryzować Bieg 7 Dolin w Krynicy osobie potencjalnie zainteresowanej startem w tych zawodach zwrócę uwagę na trzy fakty. Po pierwsze, jeżeli nie masz pewności czy dasz radę ukończyć pełny dystans 100 km rozważ czy nie lepiej wystartować na krótszym dystansie 66 czy nawet 36 km. W każdym przypadku zasmakujesz konkretnego biegania po górach. Zaliczenie pełnej puli wymaga sporego doświadczenia i umiejętności biegania tego typu zawodów. Powiem więcej porównując ten bieg z Rzeźnikiem, zdecydowanie polecam, mniej doświadczonym biegaczom, debiut w Bieszczadzkiej imprezie. Pełne 100 km w Beskidzie Sądeckim jest zdecydowanie trudniejsze niż niespełna 80 km w Bieszczadach. Jest to zresztą opinia wielu zawodników, których specjalnie zagadywałem w tej kwestii na trasie. Po drugie, decydując się na start w takiej imprezie przystosuj cykl przygotowań do charakterystyki tego typu zawodów. Nawet bardzo dobrze przygotowany pod maraton biegacz ma ogromne szanse nie poradzić sobie z biegiem ultra, szczególnie w wykonaniu górskim. Nie wspomnę już o osobach stających na starcie z poważniejszymi kontuzjami, bo to już krańcowa głupota. Po trzecie, stając na starcie zawodów ultra ustal sobie konkretny plan czasowy, z szczególnym naciskiem na spokojny początek. W żadnym wypadku, nawet przy super samopoczuciu, na pierwszych kilometrach nie zmieniaj jego założeń. To nie jest wspomniany maraton, gdzie kryzys nadmiernego tempa z początku biegu zazwyczaj udaje się jakoś przebiedować. Tutaj w zdecydowanej większości przypadków takie podejście kończy sie totalną katastrofą. Po czwarte wreszcie, dużo pij i jedz na trasie, najlepiej sprawdzone produkty. Ja na B7D, mimo, że tempo miałem spokojne, wypiłem ponad 6 litrów płynów, a przypuszczam, że cyfra na poziomie 8 byłaby jeszcze lepsza dla mojego organizmu. Zjadłem też sporo, głównie sprawdzonych batonów własnej produkcji, rodzynek i bananów (żele, są dla mnie za słabe na taki profil trasy). Dzięki temu nie miałem żadnego kryzysu energetycznego, nie łapały mnie nawet najmniejsze skurcze, a samopoczucie bezpośrednio po biegu było więcej niż przyzwoite.

Na koniec jeszcze kilka słów o startach innych Vege Runnersów na trasach pozostałych biegów rozgrywanych podczas tegorocznego Festiwalu Biegowego w Krynicy. Na szczególne uznanie zasługuje wynik naszej koleżanki Agaty Tekieli z Bystrzycy Kłodzkiej, której znakomity występ w Koral Maratonie zapewnił 3 miejsce w klasyfikacji generalnej kobiet! Agatę miałem okazję poznać w zeszłym roku na Maratonie Karkonoskim, wielkie GRATULACJE!!! W maratonie pobiegł również Michał Sztubecki. Zarówno w rozgrywanym w sobotę biegu na 10 km, jak i niedzielnym półmaratonie uczestniczył biegający boso! nasz kolega Andrzej Mrzygłocki. Jak się okazało tuż przed wyjazdem z Krynicy, Andrzej mieszkał w tym samym pensjonacie, w którym miałem kwaterę z rodzinką. Miło było poznać jednego z pierwszych, należącego do naszej grupy biegowej już sześć lat, Vege Runnersów. Na koniec pozwolę sobie jeszcze wspomnieć o występie pozostałych członków mojej rodzinki, również pod banderą Vege Runners. Asia, jak przystało na profesjonalnego serwismena, który będzie mi potrzebny za parę dni na 24 godzinach w Katowicach, potraktowała swój start bardzo spokojnie. Za to młoda zaskoczyła nawet mnie, w swojej kategorii wiekowej 12-latków, w towarzystwie dziewczyn ze szkół sportowych, nabiegała dobre 10 miejsce z bardzo przyzwoitym czasem (2:00 na 600 metrów). Bogowie biegania nie są jednak sprawiedliwi. Tata musi ciężko harować na swoje wyniki, a taka nie dość, że zaczyna lekko trenować na miesiąc przed zawodami, to mimo ciągłych narzekań robi taki wynik 🙂

Jak zobaczycie poniżej zdjęć z zawodnikami w naszych barwach znowu jak na lekarstwo. Widać moje relacje musicie czytać, a nie oglądać 😉

AdamS

c_DSC_0184Maggid grzeje podkowy na starcie 😉

NX2A3713Gdzieś, kiedyś… Jeden z pięknych plenerów na trasie.

IMG_20140906_190238

Na mecie, na szczęście ‚obcięło’ ubłocone jak u malucha kolanka 😉

IMG_20140906_171513Nasza latorośl, jak widać dumnie nosi sławne barwy 🙂