niedziela 8, Luty, 2015

Zamieć 24-godzinny, zimowy ultramaraton w Szczyrku

zamiecPowtórny udział w zimowym ultramaratonie w Szczyrku, nie ma co ukrywać, był w dużej mierze moim autorskim pomysłem. A, że dane mi było trafić na podatny grunt w osobie Konrada, już latem zeszłego roku wiedziałem jak będą wyglądać moje zimowe treningi. Miałem tylko nadzieję, że tym razem lepiej przygotuję się do zawodów niż to miało miejsce rok temu, że sprzęt będzie lepiej  współpracował,  i  że  wreszcie  góra  będzie bardziej  przyjazna.  Na ile się  spełniły moje pragnienia  – zapraszam  do  lektury 🙂

TRENINGI

Zacznę od tego, że w przeciwieństwie do zeszłego roku, postanowiłem solidnie przygotować się na pokonywanie skądinąd dobrze mi znanej trasy. Do swojego planu nie musiałem szczególnie przekonywać Konrada, który po letnich startach w górskich biegach niemalże pokochał szaleńcze tętno na podejściach i  tempo na zbiegach. Zresztą w mojej ocenie, a trochę już widziałem, chłopak jest urodzonym ‚góralem’. Potrafi solidnie napierać pod górę, podbiega nawet strome podejścia, z kolei kto miał go okazję zobaczyć na zbiegach doskonale wie, że nasz kolega nie posiada hamulców, a już na pewno ich nie używa. Zresztą nie ma co ukrywać, po paru pierwszych wspólnych treningach, doszedłem do wniosku, że optymalna formuła naszych wypraw będzie się opierała na samodzielnym pokonywaniu trasy Zamieci, każdy swoim tempem.

Same treningi przebiegały w bardzo zróżnicowanych warunkach. Żeby nie być gołosłownym prezentuję poniżej serię zdjęć, które robiliśmy w czasie naszych wypadów od połowy listopada do początku stycznia. Jak z nich widać mieliśmy okazję powoli aklimatyzować się do warunków zimowych. Jedyny wspólny mianownik wszystkich treningów – góra, niestety nie odpuszczała nawet o jotę.trening1 Lekko popruszona późna jesień.

trening2Pierwsze objawy konkretniejszej zimy.

trening3Biało i wieje, czyli standard.

Oczywiście każdy trening był inny nie tylko ze względu na warunki pogodowe. Bieganie po górach, nawet po tej samej trasie, niesie za sobą wiele nieoczekiwanych niespodzianek. Nie sposób tu nie wspomnieć o wieczornych wypadach, kiedy, szczególnie robiąc je samemu w śnieżycy i gęstej mgle, nie wiedzieć czemu wkrada się w człowieka dziwny niepokój. Dodatkowo pech chciał, że już w połowie grudnia zacząłem odczuwać skutki zbyt krótkiej przerwy po poprzednim sezonie, albo jak kto woli zbyt intensywnego wejścia w nowy. Do zawodów udało mi się to jakoś poskładać do kupy, ale prawa noga niestety, albo może na szczęści, nie pozwoliła mi zrobić wszystkich założeń treningowych. Z drugiej strony 14 powtórzeń trasy, w tym 4 nocne, napawały mimo wszystko optymizmem.

Wypada w tym miejscu jeszcze dodać, że w treningach oprócz wspomnianego Konrada wzięli udział również nasi dzielni koledzy z drugiej drużyny – Andrzej i Łukasz. Chłopaki przyjechali z centrum Polski żeby przeżyć chociaż namiastkę tego co ich może spotkać na zawodach. Mieli okazję zakosztować trasy zarówno za dnia, jak i w nocy, i jestem przekonany, że ta wizyta dała im, oprócz solidnej porcji zmęczenia, wiele istotnych przemyśleń, które pozytywnie zaowocowały na zawodach. Reasumując, jeżeli możecie przygotowując się do jakiejś imprezy, szczególnie terenowej, biegać po jej trasie, zróbcie to! Na pewno pozwoli to wam poczuć się pewniej na zawodach, o zdobywaniu bezcennego doświadczenia nawet nie wspomnę.

SPRZĘT

Ponieważ w większości swoich dotychczasowych relacji niewiele pisałem o sprzęcie, tym razem pozwolę sobie bardziej skupić sie na tym istotnym, szczególnie zimą w górach, aspekcie przygotowań i samego startu. Będą to głównie moje przemyślenia, ale nie omieszkam też powołać się na opinię moich kolegów, którzy bardzo poważnie potraktowali to zagadnienie i na Zamieć doposażyli się solidnie. Zresztą porównując swój zeszłoroczny start z tegorocznymi zmaganiami, właśnie pod kątem sprzętu, powiem szczerze, że było to jak uczestnictwo w zupełnie różnych zawodach.

Każdy biegacz ma swoje preferencje dotyczące marki stosowanej odzieży, jednak w warunkach zimowych, pokonując trasę o zróżnicowanym profilu zarówno terenowym, jak i pogodowym, kluczowe staje się znalezienie idealnej kombinacji rodzaju, grubości i ilości zastosowanej odzieży. Dlatego pisząc o sprzęcie, jako bardzo indywidualną, pominę kwestię wierzchniego okrycia. Skupię się natomiast na clou programu, esencji biegu – stopach.

szprzętZacznę od butów. Z naszej czwórki Konrad, Andrzej i ja wykorzystywaliśmy praktycznie ten sam rodzaj obuwia firmy Icebug, wyposażony w 17 kolców model Phyto. Najbardziej zadowolony był Konrad, który już podczas treningów dokupił sobie drugą parę (taka sama podeszwa, wersja letnia). Nie będę ukrywał, że osobiście liczyłem na więcej, szczególnie na zlodzonych podejściach i zbiegach, gdzie rozkład sił na stopie jest bardzo dynamiczny. Żeby była jasność w klasycznych trailówkach na oblodzeniu nie ma najmniejszych szans. Na jeden z pierwszych treningów wyszedłem właśnie w normalnych terenówkach i gdy w pewnym momencie złapał lekki mrozik zaczęła się istna rewia na lodzie w moim wykonaniu. Dlatego wariant z kolcami na takie warunki jest konieczny, ale przynajmniej dla mnie, jeśli chodzi o używany przez mnie model butów, nie gwarantujący komfortu, Możliwe, że nie ma butów idealnie trzymających na lodzie, na pofałdowanej trasie, jednak szukając kompromisowych rozwiązań muszę rzetelnie stwierdzić, że wykorzystywane przez nas buty są o tyle godne polecenie, że spokojnie można ich używać na każdym rodzaju nawierzchni, zarówno z, jak i  bez śniegu i lodu, a nawet na asfalcie, gdzie większość specjalistycznych trailówek sprawuje się po prostu kiepsko,

A teraz o często pomijanym, niemniej jednak bardzo istotnym aspekcie wyposażenia biegacza, zasadniczo wpływającym na komfort biegu, szczególnie w wersji ultra – skarpetach. Za namową Konrada cała nasza czwórka uzbroiła się w skarpety firmy Dexshell model Coolvent Lite Sock. Powiem więcej moja osoba miała pierwszy raz okazję zostać formalnym testerem produktu przeznaczonego dla biegaczy. Bardzo się z tego powodu cieszę, bo dane mi było testować produkt o wskazanych przez producenta walorach w warunkach idealnych do przeprowadzenia ekstremalnych prób. Otóż rzeczone skarpety miały być w 100% nieprzemakalne, przy równoczesnym zachowaniu pełnego komfortu ‚oddychania’ stopy podczas wysiłku. Prawdziwą próbę skarpety przeszły już podczas treningów, kiedy nie raz dane mi było wdepnąć do śniegowo-błotnej breji. W takiej sytuacji w butach momentalnie pojawiała się woda, ale stopa, po zdjęciu skarpety, pozostawała sucha. Na samych zawodach, brodząc nie raz po kostki w śniegu, już przed wyjściem na drugie kółko miałem mokre buty. I tak do końca imprezy – mokre buty, suche stopy. Zresztą takie same odczucia towarzyszyły całej naszej czwórce, każdy z nieukrywaną satysfakcją przyjmował uczucie przyjemnego ciepła, normalnie nieznane  stopie w mokrych butach. Mogę tylko dodać,  że przy dłuższym bieganiu warto pod nieprzemakalne socksy założyć jakieś cienkie skarpety biegowe, na przykład ze strefami kompresyjnymi, co jeszcze dodatkowo poprawia komfort pracy stopy.

Na koniec jeszcze jedna istotna uwaga dotycząca opisanego sprzętu, zarówno buty, jak i skarpety spełniały wymagania produktów wegańskich, co w naszym przypadku odgrywało równie istotną rolę jak ich własności funkcjonalne.

ZAWODY

Jedna trasa, dwie drużyny, czterech zawodników, cel w zasadzie taki sam – ukończyć w jednym kawałku i dobrych nastrojach. Tak z grubsza wyglądała sytuacja tuż przed startem do tegorocznej Zamieci. Było oczywiście kilka niuansów, języczków u wagi, o których nie sposób nie wspomnieć. Pierwszy pogoda, inna niż rok temu, opady dzień przed zawodami zmieniły trasę w śniegową pustynię. Drugi samopoczucie, u chłopaków wyglądało na dobre, u mnie po nie do końca zakończonej infekcji mogło być lepiej. Wreszcie trzeci miejsce w bazie zawodów, udało nam się wygospodarować całkiem przyjemny placyk na scenie pod ekranem (baza zawodów mieściła się w kinie), dwa miejsca leżące to, biorąc pod uwagę ilość uczestników, spory sukces. Na pierwszej zmianie stają w szranki Konrad z Łukaszem. Biorąc pod uwagę ilość śniegu, która powinna zalegać na trasie po nocnych opadach nie ma im czego zazdrościć. Obserwacje z treningów pokazały, że na tych 14 kilometrach, przy zalegającym luźnym śniegu, można zarobić ekstra premię kilkunastu minut. Niestety czarny scenariusz zostaje wcielony w życie, mimo, że chłopaki docierają na metę pierwszej pętli tuż za czołówką ich czas znacznie odbiega od standardów z treningów.zawody1 Konrad na mecie pierwszego kólka, które tydzień wcześniej na ‚uleżonym’ śniegu zrobił treningowo w 1:47.

zawody2Łukasz chwilę za Konradem, na treningach spokojnie poniżej 2 godzin.

O tym jakie znaczenie na tej trasie mają warunki terenowe najlepiej świadczy fakt, że biegnąc na drugiej zmianie, zarówno Andrzejowi, jak i mnie udaje się wykręcić lepsze czasy niż naszym partnerom z drużyny, którzy na treningach dokładali nam ładnych parę minut. Powiem szczerze dla mnie warunki na mojej pierwszej pętli były praktycznie idealne. Ponad setka zawodników na tyle przetarła trasę, że śnieg na podejściach nie przeszkadzał, a na zbiegach jeszcze pomagała. Biegnie się dobrze, jest jasno, nie wieje za mocno. Wpadamy na metę pełni optymizmu. Andrzej, który na treningach miał kłopoty ze zbiegami, po regularnych ćwiczeniach na stoku narciarskim, właśnie w tym elemencie dostrzega swoją największą siłę. zawody3 Naprawdę zadowolony, jak się okaże wkrótce ostatni raz.zawody4 Andrzej zalicza swoje pierwsze kółko w prawdziwie zimowych warunkach.

Czasy następnych okrążeń w wykonaniu Konrada i Łukasza potwierdzają, że udeptana trasa tego dnia to spory handicap. Zresztą Konrad wykręca najlepszy czas na swojej czwartej pętli kiedy wielu zawodników marzy tylko o zakończeniu koszmaru. Niestety  moja osoba też do nich należy. Na drugim podejściu do trasy zaczynają się u mnie konkretne problemy ze strony układu pokarmowego. W górę jeszcze jakoś idzie, ale na zbiegach żołądek podchodzi mi do gardła. Dodatkowo pogoda zaczyna dorzucać swoje do pieca. Robi się znacznie chłodniej i przede wszystkim bardzo wietrznie. W okolicy szczytu ma się wrażenie, że huragan zepchnie człowieka w otmęty nocy. Nie lubimy się ze Skrzycznem, oj nie lubimy.

Najgorsze w tym wszystkim to świadomość wspólnego celu drużyny, który przez własną słabość może legnąć w gruzach. W zasadzie głównie z tego powodu daję sobie mocne postanowienie zrobienia jeszcze dwóch pętli. W bazie zawodów też nie ma mi do śmiechu. Andrzej, z którym spędzam w przerwach większość czasu, wsuwa talerz za talerzem przeróżnych wiktuałów. U mnie całkowite embargo na wszelkie pokarmy. Nawet nie chodzi o to, że boję się ich szybkiego powrotu na światło dzienne, po prostu nie mam na nic najmniejszej ochoty. Sam widok jedzenia wzbudza u mnie torsje. Jest 10 godzina zawodów, do których końca uda mi się zmęczyć całe dwa kubki ciepłej herbaty. Żadnych izotoników, żadnych żeli, żadnych batonów, o bardziej treściwym jedzeniu nawet nie wspomnę.

Największe katusze przeżywam na trzeciej, przedostatniej swojej pętli. Jest naprawdę grubo, niedyspozycja rozlewa się na całe ciało. Nawet zrobienie łyku wody, tak niezbędnej do zabezpieczenia organizmu przed odwodnieniem, stanowi nie lada problem. Zostawiam na trasie ‚kolorowe’ DNA, na moment żołądek wraca na swoją pozycję, szkoda, że tylko na moment. Pokonuję to kółko o ponad 40 minut wolniej niż pierwsze, nie tak miało być, ale cóż począć. Przy życiu trzyma mnie herbata i  świadomość, że muszę jeszcze wytrzymać jedną pętlę.

W tym miejscu chciałbym podkreślić, że wyżywienie w wersji wege na Zamieci było świetnie przygotowane. Organizator, moja wspaniała żona, producent batonów Zmiany zapewnili nam ogromny wybór różnej maści wege smakołyków. Dobrze, że przynajmniej chłopaki i inni uczestnicy  biegu z tego skorzystali. U mnie apetyt wrócił w zasadzie na sam koniec zawodów, 4 godziny po zejściu z ostatniej pętli.

Ostatnie, czwarte okrążenie mimo złego samopoczucia przebiega całkiem przyzwoicie. Daleko mi do wyczynów Konrada, który dalej pluje ogniem, ale świadomość zbliżającego się końca działa motywująco. Powoli zaczyna świtać, w Bazie Zawodów widać spore znużenie większości zawodników.

KONRADKonrad prawie Wallenrod 😉

Kiedy razem z Andrzejem wygrzewam tyłki w ciepłych śpiworach okazuje się, że po 5 pętli Konrada zostaną jeszcze naszej drużynie 3 godziny do końca zawodów. Cholera, to wystarczająco dużo czasu żeby nawet w moim kiepskim stanie zrobić jeszcze jedno okrążenie. Na moje szczęście wnikliwa analiza wyników pozostałych teamów wskazuje, że nawet wyjście na kolejne kółko nie daje gwarancji znaczącego poprawienia naszej lokaty. I tak maksymalnie możemy ugrać 5 miejsce, na czwarte nie ma żadnych szans. Szybka konsultacja telefoniczna, mam nadzieję wspólna decyzja, kończymy zabawę.

zawody5Barwy klubowe czas wyjąć!

Niecałą godzinę po Konradzie kończy swoje ostatnie okrążenie Łukasz. Mimo wyraźnego zmęczenie widać, że razem z Andrzejem dopięli swego. Obie drużyny mogą imprezę uznać za zakończoną, nareszcie można ogarnąć bałagan jaki przyrządziliśmy z naszych rzeczy na scenie kina Beskid w Szczyrku 🙂

zawody6Łukasz i jego (Vege Runnersów) ostatnie dwa kroki w tegorocznej Zamieci.

Zajeliśmy 7 i 8 miejsce w klasyfikacji drużynowej kończąc solidarnie po 9 okrążeń. Konrad i Łukasz nabiegali po 5 kółek, Andrzej i ja zadowoliliśmy się 4 pętlami. Chociaż w przypadku naszej drużyny pozostał pewien niedosyt (plan minimum zakładał 10 pętli) wypada się cieszyć,  że mimo konkretnych przeciwności udało nam się ukończyć zawody w dobrych humorach i we wspomnianym wcześniej jednym kawałku.zawody7 Kinowa Baza Zawodów, nasza ‚wspaniała’ czwórka po zkończeniu zmagań.

Impreza od strony organizacyjnej wypadła perfekcyjnie. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, nawet największy malkontent miałby problem z doczepieniem się do czegokolwiek. Osobną kwestią pozostaje potraktowanie naszej wege braci przez orgów. Już długo przed zawodami mieliśmy dopięte specjalne menu w wersji dla wegan! Jeszcze na dwa dni przed startem miałem okazję odbyć telefoniczną konsultację na temat szczegółów naszego wyżywienia. Ania, Arek i Michał zapracowali na ogromne słowa uznania. Oczywiście podziękowania należą się wszystkim osobom zaangażowanym w perfekcyjne przeprowadzenie zawodów. Brawo!!!

Poniżej zamieszczam krótkie podsumowania moich kolegów z imprezy. Jakby na to nie patrzeć było warto 🙂

„Nie ma co ukrywać, że Zamieć to bieg bardzo trudny ale warto wziąć w nim udział. Niesamowita przygoda i możliwość zmierzenia się z własnymi słabościami w kapitalnym miejscu. Atmosfera nie do opisania. Organizator naprawdę dołożył wszelkich starań by chciało się tam wracać.”          Konrad

” Udział w tej imprezie był dla mnie wielkim przeżyciem. Koledzy mocno martwili się czy dam radę pokonać trasę cztery razy, czy poradzę sobie na zbiegach? Okazało się jednak, że śnieg po kolana zamiast kamieni usuwa sporo blokad :).  Po wszystkim co przeżyłem na zawodach mam wrażenie, że mógłbym brać udział już tylko w tego typu imprezach.”            Andrzej

 

AdamS

 

 

 

 

 

Podoba się Tobie ten wpis, prześlij znajomym!