środa 12, Czerwiec, 2019

DG 24h

Czasem podejmujemy zaskakujące decyzje, również te biegowe, do takich należał udział w 24- godzinnym ultra w Dąbrowie Górniczej. Jak to się stało, że wylądowałem na kilometrowej pętli jak chomik w kołowrotku? Co mnie
skłoniło żeby zboczyć z górskich szlaków, stromych podejść i szaleńczych zbiegów?

 

Zeszłoroczny udział w biegu 12-godzinnym. Od niego się zaczęło, od pomysłu, że będzie to
dobry trening przed zaplanowanym na jesień startem w biegu siedmiu dolin. To miał być trening mentalny, sprawdzenie głowy. Najwyraźniej coś poszło nie tak, bo mi się spodobało. Biegając na tak krótkiej pętli, można poznać niemal wszystkich uczestników, również czołówkę,
przyglądać się ich zmaganiom, podglądać i się uczyć. Wtedy postanowiłem, że na jeden z
tegorocznych startów wybiorę tego typu bieg.
Wybór padł na DG24h i był dość oczywisty, bo blisko, bo organizowany przez ‚W Pogoni Za
Duchem’, bo termin. Po bardzo mocnym zimowo-wiosennym przygotowaniu z przyjaciółmi z
ExtremaleOTKnaRelaksie i udanym starcie na Ultra Roztoczu jechałem spokojny o formę, z
realnym planem na 150km.

Start sobota, samo południe. Trzeba przyjechać wcześniej po pakiet, jestem jakoś po
dziewiątej. Park Hallera, fajne miejsce, robi się niepokojąco gorąco. Będzie upał.
Ekipa kończy przygotowania, powstało małe miasteczko biegowe, odbieram pakiet, witam się ze
znajomymi, zaczyna się udzielać to miłe podniecenie przedstartowe. Ponieważ mam jeszcze
sporo czasu robię rekonesans trasy, nawet się nie zgubiłem mimo braku tracka. 500m w dół
500m pod górkę, nachylenie niewielkie. Strategia na plan prosta – jak już zacznie brakować sił
na ciągły bieg będzie można dzielić na odcinki biegu i marszu. Sam park pięknie
zagospodarowany, nowoczesne place zabaw, fontanna i co dla nas najważniejsze, całkiem
sporo drzew. Będzie trochę cienia, a robi się bardzo gorąco.
Przed startem krótka odprawa i tu bardzo sympatyczny moment, każdy zawodnik wywołany z
imienia i nazwiska staje na scenie do wspólnego zdjęcia, poznajemy się już przed biegiem.
Umówiłem się z żoną, że mnie odwiedzi po czterech godzinach biegu i ewentualnie dowiezie co
zapomnę. Lista zrobiła się pokaźna, dopisuję jeszcze namiot. Jest gdzie rozbić, wielu
zawodników korzysta, uznałem, że to dobry pomysł.

Odliczanie, start, bagatela 24 godziny. Zaczynam spokojnie, rozgrzać się, oswoić z trasą i
pogodą. Na początku zawsze emocje gonią do przodu, trzeba się pilnować, spróbować
przeczekać upał, zostawić jak najwięcej sił na noc, będzie chłodniej, dobra pogoda na nabijanie
kilometrów. Niestety jeszcze przed przyjazdem żony zaczęły się jakieś kłopoty z brzuchem, skręcało mnie okrutnie. Coś zdecydowanie za bardzo namieszałem w “bufecie”, było tyle pyszności, że zamiast biegać to jadłem, no i potem trzeba było przecierpieć, aż się strawi. Dodatkowo upał odbierał siły, miednice z zimną wodą i wolontariusze na trasie ze zraszaczami robili co mogli, żebyśmy przetrwali do wieczora.
Brzuch wreszcie puścił, ale już w zasadzie do końca musiałem odstawić wszystko z cukrem,
wchodziły same konkrety. Jeszcze przed nocą odwiedziny znajomych, czas szybko zleciał,
zrobiło się ciemno i zdecydowanie chłodniej. Można było popracować równiej, wpaść w rytm,
robić swoje. Zbieg, podejście, zbieg, podejście, woda, zbieg. Co dwie godziny chwila
odpoczynku w namiocie, to był świetny pomysł. Parę minut leżenia, trochę mniej mokra
koszulka i znów zbieg, podejście i tak w koło milion razy…
Przed północą udało mi się załapać do fizjoterapeutów na masaż. Nie dziwie się kolejce, byli
świetni, żadnych niepokojących przykurczów czy innych objawów, można walczyć dalej.
Bałem się czy przetrzymam całą noc, czy mnie sen nie zmorzy. Na szczęście pilnowanie przerw
i urozmaicenie sobie czasu drobnymi celami i przyjemnościami, jak zmiana skarpetek na suche
sprawiło, że nim się obejrzałem zaczęło szarzeć.
Powoli zaczęli się pojawiać ludzie z psami i od razu zrobiło się ciepło. Ku mojemu zaskoczeniu
mniej mi to przeszkadzało niż poprzedniego dnia. Może perspektywa bliskiego końca – jedyne 6
godzin, może po prostu zmęczenie, albo uciekające kilometry.
Już w nocy wiedziałem że mam bezpieczny zapas, wiedziałem że plan na 150 się powiedzie.
Korciła mnie drzemka, ale zostawiłem tę godzinkę czy dwie na rano… może będą potrzebne.
Nie były. Czas mijał, do celu było coraz bliżej, a ja zamiast tracić siły, jakimś cudem
przyśpieszałem. Pojawiało się coraz więcej kibiców, część kibicujących wolontariuszy wróciła na
trasę. Wrócił gwar.
Po 18 godzinach (6:00 rano) miałem ponad 120km i całe 6 godzin na zrobienie kolejnych 30. Oj
jaką miałem ochotę poleżeć, zdrzemnąć się.
Dwie godziny później było już 140km i całe 4 godziny na zrobienie ostatnich 10km. Zajęło mi to
prawie dwie, bo była przerwa, jedzonko, dobra kawa; prawdziwe espresso.
Pojawia się plotka, że jestem drugi w swojej kategorii wiekowej (dziękuję Piotrze).
Ostatnie dwie godziny to była nagroda biegowa za wysiłek.
Już nic nie musiałem, no dobra, myśl o pudle gdzieś tam z tył głowy dodawała skrzydeł.
Przyjechała żona, ucieszyła się, bo wyglądałem zdecydowanie lepiej niż poprzedniego dnia
zgięty w pół od bólu.
Zaciesz miałem na paszczy jak dzieciak. Nogi udawały, że też się dobrze bawią.
Po pozostałych biegaczach również widać było radość zbliżającego się finału tej zabawy. Ekipa
organizatorów – chodzące powerbanki pozytywnej energii.
Rozkręcałem się z każdym kolejnym kółkiem, a ekipa sędziowska dopingowała i podpowiadała
aktualne wyniki. Pękło 160km… Sto mil moje.

Zostało jeszcze chwile czasu. W pierwszej chwili chciałem odpuścić poczekać na mecie na
koniec, ale stwierdziłem, że zrobię sobie swoją własną rundę honorową. Wyszły chyba trzy.
Ostatni kilometr w najlepszym moim tempie na całej trasie – 4:37 min/km. No taka to była radość biegacza.

Sygnał końca. Wolontariusze zaznaczają miejsca ukończenia. Sędziowie dopisują numery
zawodników… zaczyna się pomiar, zawodnicy mają trochę czasu na ogarnięcie się… za godzinę
oficjalne dekoracje, wręczenie medali, zamknięcie zawodów.
W każdej plotce jest ziarno prawdy, w tej też było. Kończę zawody na 9-tym miejscu open. 2-gi
w kategori wiekowej, moje pierwsze podium.
Przebiegłem dokładnie 163,187 km.
Szczęśliwy, organizacja fantastyczna, za rok powtórka!

Polecam wszystkim biegaczom górskim spróbować choć raz biegu na takim małym kółeczku, co
prawda widoków tu nie będzie, ale będą inne doznania.

Michał Daczyński