wtorek 14, Kwiecień, 2020

Maraton Żaboniejada

Maraton na ostatni gwizdek, czyli jak zrobić maraton nie tylko na Netflixie. Paryż 14.04, okres pandemii, 29 dzień izolacji. To mój pierwszy rejestr zdarzeń z zeszłego roku. Zbliżając się do rocznicy mojego pierwszego i jak do tej pory jedynego maratonu postanowiłam się z wami podzielić wspomnieniami świerzaka w tym sektorze. Mam na imię Natalia, mam 40 lat i jestem waszym korespondentem aka szpiegiem z Paryża. Biegam od kilku lat, choć moje bieganie to wciąż czysta amatorszczyzna.

Kwiecień 2019, jedzie mi pod domem pociąg atletów, paryska czołówka maratończyków,a zaraz za nimi pozostałe 60 tysięcy bohaterów ( w moim mniemaniu). Zahipnotyzowana tą masą biegaczy poczułam zachwyt, podekscytowanie i zazdrość, maraton był dla mnie zawsze terenem niedostępnym. Tydzień później postanowiłam puścić się na nieznane wody i zapisać się na edycję przyszłoroczną. W międzyczasie wyciskam kolejne kilometry ,udaje mi się przebiec moje pierwsze 30 km i Nicolas doświadczony maratończyk, kumpel z lokalnej wege ekipy twierdzi, że jestem gotowa na dystans królewski. Proponuje mi udział w podparyskim maratonie Sénart, zaledwie kilka dni przed samym maratonem. Wypadkowa paraliżującego strachu i ekscytacji sprawia, że zgadzam się na to szaleństwo. Oboje z Nicolasem jesteśmy przykładem bezmyślności, ja jako nieprzygotowany nowicjusz, Nicolas z kolei zbija sobie kolana spadając z roweru na 4 dni przed maratonem. Jak przebiec swój pierwszy maraton nie planując go zupełnie oraz jak przebiec maraton i nie zostać zdrapanym z ulicy ? 1 Maja 2019, święto pracy, w zimny poranek wyruszamy w przygodę z nastawieniem na wielką niewiadomą. Nicolas zapomina o swoim ambitnym planie zmieszczenia się poniżej 3 godzin i 20 minut i postanawia szlachetnie mi po prostu towarzyszyć do mety.

Nasza strategia to posklejany Galloway, amatorsko majsterkowany do około 22 kilometra. Strategia się opłaca ,gdyż Nicolas zaczyna cierpieć dopiero po 22 km. Półmaraton kończymy w 02:04:43. Kiedy myślisz że całkiem dobrze się czujesz na 22km, poczekaj jeszcze trochę, szybko zapomnisz o dobrym samopoczuciu. Mój maratoński partner zmuszony jest poprosić o pomoc medyczną i po okładzie z lodu zaciska zęby i udaje mu się bohatersko dobić do 30 km.

Kilkuminutowa przerwa pozwala mi na złapanie dystansu do zmęczenia i dziękuję Nicolasowi za to, że mnie przekonał do uczestnictwa w tej przygodzie.Tym razem Nicolas uważa, że role się odwróciły i, że to ja mu towarzyszę.33 km, biegniemy przez malownicze wioski podparyskie, robi się bardzo ciepło.Chcąc przysporzyć sobie dodatkowych emocji postanawiam zadzwonić do mojej rodzicielki i podzielić się z nią informacją o tym że biegnę w maratonie o którym nie wiedziała. Emocji nowych brak z racji tego,że matka moja nie bierze mnie na poważnie i myśli, że biegnę sobie rekreacyjnie maraton pod domem. Robimy ostatni przystanek na okłady dla mojego towarzysza przygody i jesteśmy już oficjalnie na etapie tzw. ściany. Ściana ta osobiście staje się dla mnie trójkątem bermudzkim, dopada mnie blackout na odcinku 34 – 40 km. Ostatnie elementy jakie przetwarzały moje neurony to była automotywacja „biegnij, to twoje marzenie „. Na 40-tym km powracam z Bermudów i słyszę jak Nicolas mi oświadcza, że dajemy z siebie wszystko aż do mety.Jakiś empatyczny organizator opracowując trasę podarowuje nam ostatnie 2 km z górki.Zmęczenie dawało się we znaki, ale w uszach dzwoniły mi słowa Nicolasa,’ pomyśl o moim kolanie’.

Ostatnie 195 m dobiegamy z uśmiechami na twarzy i przypieczętowujemy metę sportowym uściskiem. Rezultat poklejonego maratonu oszacowany zostaje na 04: 32: 32, i ląduję na miejscu 36 w kategorii weteranki,to tytuł ‚glamour’ klasyfikacji francuskiej. Nie ma czasu no emocje, zajmujemy kolejkę u fizjoterapeutów. Jako debiutantka mam prawo do dwóch par rąk i 15 minut masażu, które błyskawicznie stawiają mnie na nogi.Nicolas również zostaje podreperowany i czeka nas ponad km spacerku do pociągu by wrócić do Paryża.

Gdybym miała nakreślić portret posklejanego maratończyka debiutanta na własnym przykładzie to niezbędnymi składnikami byłyby: bezmyślność, zapisanie się na ostatni gwizdek (eliminacja niepotrzebnego stresu), patologia lędźwiowa (na pewnym etapie wygodniej jest biec niż iść) i kardiologiczna, tzw wolne serce (idealna do długich dystansów ,cytuję mojego lekarza) no i obowiązkowe odłączenie neuronów by nie sabotowały chęci kontynuacji biegu. Najważniejsze jest to co czujesz, gdy biegniesz, nie to co osiągasz na finishline. Dziękuję Pająkowi, który zachęcił mnie do nabazgrolenia tego sprawozdania i Nicolasowi, który wierzył we mnie bardziej niż ja sama.Ku pokrzepieniu serc w okresie zarazy.Pa.Natalia